niedziela, 11 lutego 2018

Jak pączki w maśle...

                Dawniej było oczywiste skąd biorą się pączki: z piekarnika mamy. Teraz, w czasach równości i postępu, to już nie jest takie proste…
- Kocie, odkąd zaczął się rok to jaznowu cierpię na jedną chorobę za drugą… - narzekał Błazen, trzymając się za obolałą głowę. – Chyba muszę wznowić kurację olejkiem terpentynowym...
- Miau miau miau – odpowiedział Kot próbując go pocieszyć.
- Przymknij oczy, proszę, tak jasno odbijają światło… Jestem wrażliwy na światło, gdy mam migrenę.
- Miaaau… - Posłuchał prośby.
- Och, i mówmy trochę ciszej, proszę… Dźwięki też mnie drażnią…
Później Błazen zasnął, a Kot zastanowił się co mógłby zrobić, aby umilić Błaznowi ten kolejny trudny dzień. Wtem wibrysami wyczuł w powietrzu, że wzywa go jego kolega Kocur. Bezszelestnie wyszedł z namiotu i ruszył za wezwaniem.
- Miau miau miau miau miau? – zapytał, gdy był w miejscu, w którym wiedział, że chowa się Kocur.
- Miaaaau… - odpowiedział mu Kocur gdzieś z krzaków. – Miaaaau miaaaau miaaaaaaaaau…
- Miau miau miau? – Kot niedowierzał, a więc zajrzał w kalendarz. – Miau miau! – wykrzyknął. – Miau!
- Miaaaau!
Po tym pożegnaniu Kot popędził do supermarketu, ale jeszcze w połowie drogi nie był, gdy usłyszał trąbienie. Spojrzał na odpowiedzialny za to samochód, a  w środku zobaczył Brata Błazna.
- Dokąd biegniesz, Kocie?
- Miau miau miau! Miau miau miau miau miau! – wyjaśnił mu Kot.
- Hm… To wsiadaj, pomogę ci.
I pojechali do sklepu. Udało im się trafić na taką porę, gdy jeszcze nie było tłumu. Brat Błazna wziął wózek, Kot do tego wózka wsiadł, w miejsce przeznaczone dla dzieci, i wyruszyli na zakupy.
Gdy tylko zaopatrzyli się w mięso, którego oboje są wielkimi fanami, podjechali do sekcji z pieczywami. W miejscu, gdzie zawsze leżały podróbki pizzy i wytwory z odpadów, nazywane „cebulakiem”, „zapiekanką” albo „bułką z serem”, już z daleka widać było kolorowe pączki.
- Które bierzemy? –zapytał Brat Błazna.
Kot nie był w stanie odpowiedzieć, bo ślinił się na widok każdego.
- To weźmy każdy rodzaj, po jednym na osobę – rzekł Brat Błazna widząc dylemat Kota, po czym wręczył Kotu pierwsze pudełko na pączki.
- Te mają w środku dżem różany – usłyszeli jakąś kobietę, która wraz z koleżanką również polowała na pączki. Wtedy Kot załadował wspomniane przez nią pączki.
Kiedy mieli trzy pudełka, po sześć pączków na jedno, zamierzali wyjść, ale wówczas Kot zobaczył nieopodal półkę z kolejnymi typami pączków. Te miały polewę w nienaturalnych kolorach i dziurkę w środku. Podeszli do nich i Kot już się cieszył, ale wtedy Brat Błazna powiedział:
- Nie opłaca się, płacisz więcej, a masz mniej.
Wtedy jakiś mężczyzna, który również rozważał kupno tych pączków, zawrócił się i odszedł, jakby przekonany słowami Brata Błazna. Zaśmiali się na ten widok i również odeszli, prosto do kasy, aby przekonać się, że w tym krótkim czasie, jaki zajęło im załadowanie koszyka, sklep zdążył się napełnić. Na szczęście większość kas była otwarta, zatem ustali w kolejce, gdzie mieli przed sobą tylko dwie osoby. Wyłądowali zakupy, zapłacili za nie, zapakowali je do toreb i wyszli…
- No, to zaskoczymy dzisiaj Błazna! On nigdy nie pamięta o Tłustym Czwartku, ani jakimkolwiek innym specjalnym dniu, haha! – Pakowali zakupy do bagażnika, a chwilę później wyjeżdżali już z parkingu. Wtedy Kot zobaczył coś niespodziewanego…
- Miau! – pokazał łapą na wielką kolejkę pod miejscem o nazwie „Stolica Pączków”.
- O, ciekawe czy tam pączki mają lepsze.
Kot natomiast zastanawiał się, czy cukiernia specjalnie zmieniła nazwę na ten dzień.
- Miau miau miau? – zapytał Brata Błazna.
- Nie sądzę, ale taka nazwa i tak pasuje przez cały rok. Tu mamy stolicę, a my... czyż nie jesteśmy jak pączki w maśle? W tej Unii Europejskiej... Pączki w bardzo, bardzo gorącym maśle… - głos Brata Błazna niespodziewanie zrobił się niepokojąco tajemniczy. - Temperatura wzrasta z każdym dniem… A my coraz bardziej tym masełkiem ociekamy, radośni... Obrastamy w tłuszczyk... Aż któregoś dnia nadejdzie Tłusty Czwartek i się na nas rzucą...


Miłego absurdu, 
chorujący Błazen Podróżny 

niedziela, 21 stycznia 2018

Przedwojenne satelity!

                Już od jakiegoś czasu Błazen nie widział żadnego łosia. W ostatnich latach namnożyły się jak króliki, ale trudno spotkać coś oprócz ptaka i psa, gdy jedyną naturą, z jaką ma się kontakt, są obsrane miejskie trawniki.
- Kurczę, spóźnię się na autobus… - w pośpiechu zakładał buty.
- Miau miau miau! – przestrzegł go Kot.
- Wiem, wiem, pójdę chodnikiem – wybiegł z namiotu.
Już po dwóch krokach zobaczył, że zza zakrętu nadjeżdża jego autobus.
- O nie! – Na ten widok ściął trasę trawnikiem, żeby było szybciej. „Muszę tylko patrzeć pod nogi, a wtedy w nic nie wdepnę”, myślał, od razu wdrażając ten plan w życie. Kilka kup przeskoczył, a większość trawnika wyglądała na czystą. „Chyba nie jest tu aż tak zasrano, jak mi się zdawało”, cieszył się wbiegając do autobusu. Jednak gdy tylko zamknęły się drzwi, Błazen zaczął czuć woń kupy. Spojrzał w dół i ujrzał fekalia wystające spod jego lewej podeszwy. „Jak to?! Przecież byłem taki ostrożny, przeskakiwałem te odchody…”
Całą trasę miał nadzieję, że nikt nie powiąże tego smrodu z nim. Z tego powodu starał się stać w jak najbardziej zatłoczonych miejscach, aby mieć wokół licznych potencjalnych winowajców zatruwania autobusowego powietrza.
„Że też psy mają tu takie przywileje, aby to trawniki należały do nich… A niechby tylko człowiek spróbował załatwić potrzeby fizjologiczne w miejscu publicznym, od razu rzucą się na niego wściekłe tłumy, dostanie mandat i rozkażą posprzątać”, denerwował się w myślach i przypomniał sobie pamiętną scenę z filmu „Dzień Świra”, gdzie główny bohater, tracąc cierpliwość przez codzienne chodzenie między kupami, nakupciał pod okno sąsiadki, która to wcześniej wyprowadzała swojego psa pod jego okno.
                W końcu życie w psim kiblu zanadto zestresowało Błazna, więc postanowił wyruszyć na leśną wędrówkę.
- Pora zobaczyć jakiegoś łosia – rzekł.
- Miau miau?
- Tak, łosia. Podobno niedaleko mamy jakiś rezerwat przyrody, w którym mieszkają łosie. Idziemy!
I poszli. Ubrani w gumiaczki, bo spodziewali się bagien. Łosie często brodzą po podmokłych terenach. No i całe to miejsce nazywało się „Łosiowe Błota”.
- Ach, jaki piękny lasek… - wzdychał sobie Błazen rozglądając się wokół. Jednak im dalej szedł, tym więcej bałaganu zaczynał widzieć. Mijał sporo przewalonych drzew i urwanych gałęzi. – Czy to o tym mówił w zeszłym miesiącu ten leśniczy?
- Miau? – Kot nie pamiętał o co chodzi.
- No wiesz, że warszawscy ekolodzy protestują przeciwko sprzątaniu takich rzeczy z lasu i argumentują, że z martwymi drzewami las jest bardziej żywy, bo żyją w nich wówczas robaki. Pamiętasz? A on powiedział, że to tak, jakby powiedzieć, że martwi ludzie są bardziej żywi od tych żywych, bo w zwłokach żyją robaki. Mogę pokazać ci pewnie w Internecie jakieś filmy tych warszawskich ekologów, zawsze walczą z leśnikami i utrudniają im pracę… Jak z tą Rospudą wtedy, że obwodnicę Augustowa zbudowano przez nich w takim miejscu, w którym teraz faktycznie szkodzi przyrodzie, w przeciwieństwie do miejsca wcześniej planowanego…
Błazen wyjął telefon z kieszeni, aby pokazać Kotu filmy.
- Ach, przecież jesteśmy w lesie, tu nie będzie zasię… O, jest zasięg! Hm… No w sumie to mały las, i blisko miasta…
- Miau miau miau miau miau?
- Hm, masz rację, głupio być w lesie i nadal gapić się w ekran – schował telefon. - Obejrzymy to innym razem. Tymczasem patrz! Domek dla ptaków! Ach, leśnicy mimo wszystko coś tu robią… I kolejny! I jeszcze jeden! Jak dużo…
Po jakimś czasie wędrówki ścieżką zainteresowało ich co jest między drzewami. Zboczyli więc z trasy, chcąc bliżej zobaczyć coś, co wydawało się bagnem. Błazen z przyzwyczajenia patrzył pod nogi, aby nie wdepnąć w kupę. Ku jego zdziwieniu las był czystszy od miejskich trawników. Musiał się sporo naszukać, aby wypatrzeć porcję zajęczych bobków.
- Patrz! Nesquik! – śmiał się.
Po obejrzeniu bagna wrócili na drogę, po drodze znajdując liczne grzyby i porosty. Błazen na chwilkę znów zerknął w telefon, aby sprawdzić godzinę. Przy okazji jednak zauważył, iż nadal ma pełen zasięg.
- Pomyśl, Kocie, nawet jeśli się tutaj zgubimy to nic nam nie będzie, bo możemy włączyć GPS. Te satelity to cudowny wynalazek! Jak ludzie radzili sobie bez nich? Wisi taka nad nami, zawieszona tam gdzieś na czymś, nie wiem na czym za bardzo, ani jak… I nie spada… Wisi gdzieś tam w wyższych częściach atmosfery, tam gdzie statki kosmiczne nie mogą dotrzeć… Bo pan z NASA powiedział, że kiedyś mieli technologię do podróży w kosmos, ale ją zniszczyli… I nie wyjaśnił dlaczego… Ciekawe czy wypłacali komuś odszkodowania… Na przykład tym, ludziom co kupili sobie działki na Księżycu… A teraz nie mogą tam lecieć… Zaraz… O czym to ja mówiłem? Ach, satelity. Tak… Gdyby nie one to musielibyśmy nadal wysyłać statki do Ameryki, aby komunikować się z kuzynami i tak dalej. Załatwiać politykę. Statkami i gołębiami. A teraz jesteśmy wszyscy w stałym kontakcie. I samoloty się nie gubią. I my się nie gubimy. I bombardować jest łatwiej. I mamy telewizję satelitarną. Dobra rzecz, te satelity.
Kot nie komentował, a jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, a więc nie było do końca wiadomo, co o tym myślał. Być może nic. Błazen kontynuował jednak, rozglądając się co chwila za wymarzonymi łosiami. Po drodze mijali tablice informujące o tutejszej przyrodzie, aż w pewnym momencie jedna z nich, inna od pozostałych, przyczyniła się do zakończenia błaznowego monologu. Oto przed nimi stała tablica o tytule „Transatlantycka Radiotelegraficzna Centrala Nadawcza”. 
- Co to ma znaczyć?! – zapytał zszokowany. – Przedwojenna satelita?! To niemożliwe! Jak to?! Nie wierzę! – Zaczął czytać, aby upewnić się, że to faktycznie jest to, na co wygląda. I w rzeczy samej, już w 1923 roku dysponowano swobodną komunikacją na skalę „globalną”. A przynajmniej w Polsce…
- Miau miau miau?
- Niewykluczone, że inne państwa miały to wcześniej. W szkole programowali mnie tylko na wiarę w małpoludy, liczby, mitologię i książki znanych pisarzy, więc o niczym innym nie słyszałem. Cóż za zaskoczenie… Jak to tak? Anteny! Wystarczały im… – szokował się coraz bardziej i bardziej, patrząc to na tablicę, to na ruiny za nią. – I tak przez cały ocean? Bez satelit? Jak to możliwe? Więc po co nam satelity? Droższe to i mniej bezpieczne… - drapał się po czapce. - A ja zawsze myślałem, że bez satelit żyliśmy jak w epoce kamienia łupanego! Ale jednak… W sumie to ma sens… Jak się tak zastanowić przez chwilę… - źrenice powiększyły mu się dwukrotnie na tę nową myśl. - Przecież ani satelity, ani epoka kamienia łupanego nigdy nie zostały udowodnione! Ot, „powszechna wiedza”, o którą wstyd pytać, bo przecież jest powszechna… 



Miłego absurdu, 
Błazen Podróżny